Żyj tak, aby bez wyższej konieczności nie robić krzywdy żadnemu człowiekowi, zwierzęciu, roślinie ani matce Ziemi.

S.A.P

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Strach przed życiem

photo from Deseret News
Czy nie drażni was obowiązująca w naszym ukochanym i umiłowanym kraju doktryna „życie za wszelką cenę”? Wpisuje się w nią nie tylko szaleństwo z tak zwanym „dzieckiem poczętym”, ale również eutanazja oraz sztuczne przedłużanie życia czyli uporczywa terapia. Wydaje mi się, że lekarze którzy utrzymują swoich pacjentów przy życiu wbrew ich woli mają fałszywe poczucie obowiązku. Co prawda pacjent w śpiączce nie jest w stanie wyrazić swojej woli ale nigdy już nie będzie miał takiej szansy więc ile dni, miesięcy, lat musi cierpieć żeby wreszcie można było wyłączyć aparaturę podtrzymującą życie? To fałszywe poczucie obowiązku podtrzymywania życia wywodzi się chyba z własnego strachu lekarzy przed śmiercią i bagatelizowaniem albo niewiedzą na temat właściwego znaczenia śmierci.

Śmierć nigdy nie jest karą a bardzo często prawdziwą ulgą ale większość ludzi bierze ją za najstraszniejszą rzecz jaka może zdarzyć się w ich życiu. Tak długo jak boimy się śmierci i nie rozumiemy czym ona jest naprawdę, nie możemy prawdziwie żyć. Gdy jesteśmy do szpiku kości materialistami śmierć jest ostateczną ciszą przynoszącą spokój i ukojenie, gdy zaś wierzmy w nieśmiertelność nasze życie jest tylko przemijająca chwilą między ciszą a ciszą w której słowa się kołyszą. Popatrzcie wokół siebie, ilu waszych najbliższych przyjaciół już nie żyje a życie toczy się dalej jak gdyby nigdy nic!

Podziwiam ludzi którzy pracują w hospicjach. Rozmawiałem z kimś takim i jestem pod wrażeniem. Na co dzień obcuje z umierającymi i ma dużo szacunku ale mało strachu przed śmiercią. A kiedy nie ma strachu przed śmiercią traci ona całą swoją tajemnicę. Ostatecznie kiedyś w końcu każdy zrozumie, że będzie żyć tak długo jak długo sobie tego życzy. Strach przed śmiercią czy czymkolwiek innym na świecie czyni nas podatnymi na to czego się boimy. Jeśli boimy się raka czy zatrucia toksynami najprawdopodobniej zmierzymy się z tym problemem, bo sami wywołujemy „wilka z lasu”. Tylko ci którzy nie boją się niczego mogą używać świata pozostając odpornym na wszelkie szkodliwe wpływy.

Nadmierna higiena, mycie każdego owocu, ręce w rękawiczkach pozbawiają nas naturalnej odporności, źle wpływają na nasze zdrowie i w konsekwencji mogą nas zabić. Tak naprawdę to nie kontakt z zanieczyszczonym środowiskiem jest dla nas szkodliwy ale strach robi nas podatnymi na wszelkiego rodzaju infekcje. Bez naszego zezwolenia (podświadomego rzecz jasna) rakotwórcze pestycydy na skórkach owoców nie zaszkodzą nam ani trochę!

Nasz organizm ma ogromną siłę i zdolność do rozkładu wszystkiego czego nie potrzebujemy lub nie chcemy, w tym śmiertelnych wirusów. Zanieczyszczenia, toksyny a nawet super infekcje - wszystko to pryszcz co najwyżej, pod warunkiem że nie boimy się, ufamy sobie i mamy przekonanie, że nasz organizm może z tym sobie poradzić. To samo dotyczy pożywienia które jemy, krwi która płynie w naszych żyłach, powietrza którym oddychamy i wszystkich innych rzeczy które nas dotyczą. Jeśli wierzymy i boimy się że nam zaszkodzą, zrobią z nami dokładnie to czego się obawiamy.

Jesteśmy w stanie wpływać na wszystkie dotyczące nas zjawiska jeśli pozbędziemy się nie tylko strachu przed śmiercią ale i przed życiem. Wbrew temu co twierdzi tylu komentatorów uważam, że mamy wpływ na wszystko co nas otacza i sami określamy jaki to ma wpływ na nas. Jeśli wierzymy, że jesteśmy tylko ofiarą losu pozbawiamy się możliwości używania naszych naprawdę nieograniczonych sił. Uważanie się za bezsilną ofiarę naprawdę nie ma żadnego sensu, ale jeśli ktoś to lubi…

piątek, 19 grudnia 2014

Jedność ze wszystkim przede wszystkim

Cały tydzień zszedł mi na dość emocjonalnej dyskusji z moimi ulubionymi komentatorami a jakież ona przyniosła owoce? Nie chcę nikogo przekonywać do mojej teorii ale wszystkie trudności życiowe a często prawdziwe tragedie wynikają z jednego: nieuświadomionej tęsknoty do JEDNOŚCI. Możecie nie zgadzać się ze mną i wieszać na mnie psy, ale i tak uważam, że ludzkość, niemrawo bo niemrawo, ale jednak wchodzi w kolejny etap rozwoju i uświadamia sobie, że świat dwoistości i podziałów powoli się kończy. Tylko JEDNOŚĆ przynosi spokój i ulgę, jedność wszystkiego ze wszystkim i każdego z każdym.

Uczeni w piśmie twierdzą, że śmierć rodziców, kochanka czy przyjaciela służy jednemu celowi. Mamy sobie uświadomić ból rozłąki od JEDNOŚCI. I podobno dotąd będziemy cierpieć dopóki będziemy oddzielać się od innych granicami, zasiekami, płotami czy domofonami z automatycznym zamkiem. Nie przeszkadza wam dysharmonia i wrzaski na scenie politycznej? Próbowaliście zachęcić swoich przyjaciół i zrealizować coś społecznie? Najwyżej możecie liczyć na skonfliktowanie się z nimi. I tak ma być, bo to jest jedyny sposób abyśmy zatęsknili wszystkimi komórkami swojego ciała do jedności.       

Nasza ludzka egzystencja skazuje nas na doświadczanie wszystkich możliwych aspektów dwoistości: miłości i nienawiści, radości i smutku, strachu i zaufania, dobra i zła, życia i śmierci. To boli ale tylko w ten sposób możemy pozbyć się traumy przed życiem i śmiercią i w miarę swoich możliwości dążyć do jedności. Zastanówmy się kiedy zdarzają się te wszystkie momenty radości i szczęścia, które tryskają z naszych serc od czasu do czasu? Właśnie wtedy gdy siedzimy z przyjaciółmi przy biesiadnym stole, gdy będzie się działo i nocy będzie mało tańcząc ten sam kawałek, gdy uczestniczymy razem z innymi w jakimś biegu, czyli wtedy gdy jesteśmy razem. Jesteśmy JEDNOŚCIĄ!      

Wojny to też rezultat podziałów! Tu białoczerwona, tam niebieskożółta albo czarnozielona i w imię takiej idiotycznej segregacji zabijamy, gwałcimy i… cierpimy. Rzadkie okresy pokoju to efekt jedności, ale zwykle szybko się kończą, bo wciąż uważamy, że nasza chata z kraja. Niektórzy nie są w stanie zaakceptować jedności i dlatego nie boją się zabijać! Nie mają też strachu przed zabiciem. A przecież śmierć to powrót do jedności, nawet jeśli chodzi w niej tylko o recykling atomów naszego ciała jak chcą materialiści. Ludzie wierzący w życie po życiu nie boją się jeśli w coś wierzą: w Allaha, Jezusa, Jahwe, JPII – obiektów wiary jest mnóstwo. A niektórzy boją się właśnie dlatego, że wierzą w Allaha, Jezusa, Jahwe, JPII.  

Śmierć nie jest niczym złym tylko dlatego, że się jej boimy. Boimy się, bo dla większości ludzi na tej planecie wciąż symbolizuje koniec pewnego cyklu, bez względu na jego długość. Właściwie śmierci boi się nasze ego, które gospodaruje w komórkach ciała i wyzwala strach, przed samo-destrukcją. To nasze ego podobno umiera naprawdę kiedy wyzioniemy ducha i dlatego traktuje duszę w ciele jako zakładnika. Dlatego tak kurczowo trzymamy się życia i jesteśmy w stanie znieść koszmarne cierpienia podpięci do aparatów podtrzymujących życie byle tylko przeżyć jeszcze rok, miesiąc, dzień, godzinę.
 
Ci którzy doświadczyli za życia pożytku jedności nie obawiają się śmierci i utraty ego. W jedności ego nie istnieje. W prawdziwej JEDNOŚCI, której każdy może doświadczyć tu na Ziemi jeśli tylko zechce. Ale gdy już poczuje jej prawdziwy smak i dogłębnie zaakceptuje jedność z naturą, ludźmi, zwierzętami i roślinami zrozumie co to jest dwoistość i nie będzie miał potrzeby dalszego jej doświadczania, czego serdecznie sobie i czytelnikom tego bloga życzę licząc na spotkanie po weekendzie.
   

czwartek, 18 grudnia 2014

Świat Zygmunta

Zygmunt raczej nie jest częstym gościem na tym blogu, dlatego z taką pasją przeciwstawia się religii, jakbym ja był jej piewcą. „Każda religia – napisał -  powtarzam - każda religia to tylko sposób na zdobycie władzy - tej realnej "ziemskiej". Dlatego szamani i kapłani wymyślili sobie "duszę" aby straszyć ludzi i obiecywać głupkom - gruszki na wierzbie”. Nie do końca uważam, że to szamani i kapłani wymyślili duszę, ale pal sześć… z ogólnym wydźwiękiem tego akapitu zgadzam się przecież i daję temu wyraz na każdej stronie mojego blogu. Głównym celem większości religii jest rzeczywiście władza i bogactwo ale to wcale nie znaczy, że wszyscy musimy padać na twarz przed złotymi cielcami wszelkich kościołów. Mówiłem to już nie raz, ale powtórzę po raz kolejny, że to my jesteśmy twórcami swojego życia, w tym Boga. Jeśli komuś jest potrzebny niech go sobie ma, ja go nie mam, więc polemika ze mną na ten temat jest nieuzasadniona.

Zygmuntowi jednak nie tylko nie podoba się pojęcie Boga, ale samej duszy. Dlatego pyta: „Jest nas Ziemian, już ponad 7 miliardów i nadal mnożymy się jak króliki. No to wytłumacz jak to jest z tymi duszami - w dodatku dwoistymi. Istnieje jakaś fabryka dusz - tam w Kosmosie, czy krążą one w obiegu zamkniętym, w ramach duchowego recyklingu?” W zasadzie nie czuję się na siłach żeby autorytatywnie odpowiedzieć na to pytanie, bo przecież mój światopogląd jest niezwykle osobisty. Co prawda oparty na przemyśleniach wielkich nauczycieli duchowych, odkryciach naukowych i własnych odczuciach ale jednak mój! Stworzyłem go dla siebie i nie chcę przekonywać do niego nikogo, nawet Zygmunta.

Jeśli jednak interesuje kogoś mój osobisty pogląd na duszę to ilość siedmiu miliardów dusz, na które powołuje się Zygmunt, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Czy spojrzeliście kiedyś w gwiaździste niebo? Czy ogarnęliście jego ogrom ze średnicą 93 miliardów lat świetlnych? Wszechświat z jego niezliczonymi galaktykami i ukrytą czarną materią jest nie do ogarnięcia a przecież nie jest jeden. Naukowcy coraz głośniej twierdzą, że tych Wszechświatów jest więcej! Cóż więc stanowi dla tego ogromu jakieś marne 7 miliardów dusz!

A to jeszcze nie wszystko! Uważam, że nie ma żadnych 7 miliardów dusz, jest tylko jedna, jedyna która kiedyś stanowiła JEDNOŚĆ zanim w Wielkim Wybuchu nie zamieniła się w to co teraz możemy i nie możemy zaobserwować. Byliśmy jednością i do tej jedności wrócimy bo jesteśmy jakimś tam ułamkiem tego-tej samej matki-ojca Kosmosu, Natury, Boga czy nazwijcie to sobie jak tam chcecie. Kiedy tę jedność poczujemy życie staje się mniej straszne nawet wtedy, gdy bratnia dusza Zygmunta jeszcze tej jedności nie czuje.

Akurat niezbyt interesuje mnie życie po życiu, wolę skupić się na tym jak przeżyć swoje bez fizycznego i psychicznego bólu a praca z rożnymi częściami mojej duszy przynosi mi doskonale i namacalne efekty. Ale, żeby do końca być szczerym, skłaniam się do teorii inkarnacji, bo tylko ona w jakiś logiczny sposób tłumaczy ból naszej ziemskiej egzystencji. Kiedyś uważałem, że Katharine Hepburn miała rację kiedy powiedziała: Nie sądzę, byśmy po śmierci szli dokądkolwiek. Mam nadzieję, że zwyczajnie leżymy w ziemi, szczęśliwi, nareszcie odpoczywając. Wcale mnie nie interesuje tamten świat; uważam, że on jest tutaj i sądzę, że dobre rzeczy, które zamierzamy robić, powinniśmy robić dla innych ludzi tutaj, a nie robić coś, żeby być szczęśliwymi na tamtym świecie. Zgadzałem się z tym całkowicie, bo nie ma przecież nic piękniejszego jak „niebyt”. Szekspir niepotrzebnie hamletyzował „być albo nie być” bo tylko „nie być” daje prawdziwy nieograniczony spokój i wyzwolenie.
 

I tego bym sobie z całego serca życzył, bo tak samo jak Katharinę wcale nie interesuje mnie tamten świat. Ale jestem niezwykle zainteresowany ludzkim losem i możliwością jego ukierunkowania, więc zacząłem swoje „eksperymenty” z duszą i nareszcie poczułem prawdziwą radość ze swojego „być”. Nie wiem jeszcze jak to działa, ale działa, sami zresztą możecie przekonać się na początek otwierając banalnie swoje czakry, albo tworząc swoją wirtualną klinikę wiecznego zdrowia. Rezultaty będą niespodziewane i nawet Zygmunt będzie nimi zaskoczony.