Żyj tak, aby bez wyższej konieczności nie robić krzywdy żadnemu człowiekowi, zwierzęciu, roślinie ani matce Ziemi.

S.A.P

poniedziałek, 10 marca 2014

Dłuższa przerwa medytacyjna

Słoneczko coraz wyżej, więc natura ciągnie mnie do ogrodu z siłą wodospadu. Uwielbiam zapach pulchnej, wilgotnej ziemi na wiosnę, wiosenny śpiew ptaków tylko teraz wypełniony siłą ogromnej potencji seksualnej, niespożytą energię życia kiełkujących nasion! Magia! Po prostu magia! I ten przebogaty spektakl trwa aż do zimy, w stereo i kolorze, we wszystkich wymiarach z suplementem zapachów, w dodatku za darmochę! Czy można przegapić coś tak fascynującego?

Dlatego postanowiłem oddać się naturze w stopniu możliwie najwyższym, tym bardziej, że zdrowie dopisuje jak nigdy dotąd. Z przykrością więc kończę moją pisaninę na ten sezon. Z przykrością, bo ten blog jest takim moim ogrodem zimowym w którym w roli najpiękniejszych kwiatów znajduję swoich błyskotliwych komentatorów. Przez dwadzieścia lat publikowałem swoje felietony w różnych gazetach i czasopismach, ale nigdy nie miałem aż takiego poczucia bliskości z czytelnikami. To niewątpliwie wasza zasługa, dlatego bez najmniejszej hipokryzji i wazeliniarstwa chciałbym najserdeczniej i najszerzej podziękować za to Romskey’owi, Szerszeniowi, Brokozowi, Isi, Bogusi Zarzyckiej, Y.M., Janowi SG, Pawłowi Krysińskiemu, Adze Zoli, Dylowi Sowizdrzałowi (pogniewanemu przejściowo, mam nadzieję), Mirkowi Wagnerowi, Izie, Dobrochnie, Lenie, Ajar, Wojtkowi S. i wszystkim innym którzy wypowiadali się tu sporadycznie. Wasze uwagi, czasem krytyczne, zawsze odbierałem jako życzliwą sugestię przyjaciół, która przynosi uczucie wspólnoty podobnego oglądu rzeczywistości.

Sam się dziwię, ale wraz z przybywaniem lat świat staje się dla mnie coraz ciekawszy jakby otwierając przede mną nowe, kiedyś zupełnie dla mnie niedostępne obszary. Nie jestem fanem turystyki i wszystkie dalekie wyjazdy nie pociągają mnie, nawet te najbardziej egzotyczne, za to niezwykle fascynujące stały się dla mnie wycieczki do wewnątrz. Teraz też wybieram się w taką daleką podróż w głąb własnej duszy (bez względu na to co rozumiemy pod tym pojęciem) aż do takiego miejsca w którym nie ma różnicy pomiędzy dobrem i złem, postępowaniem właściwym i niewłaściwym, światłem i ciemnością. Jest takie dziwne miejsce w każdym z nas bez wyjątku tylko szalenie trudno do niego dotrzeć jeśli nie dysponuje się umiejętnością posługiwania narzędziami jakie oferuje nam od tysięcy lat nauka dalekiego Wschodu. Mam wrażenie, że już wiem jak je użyć i zrobię to bez względu na to czy wreszcie pogodzę się tam ze sobą samym i, co dużo ważniejsze, ze światem, który według mojej oceny wciąż jest niesprawiedliwy i okrutny.

Nie wiem jeszcze jak to można zaakceptować, ale podobno wszystkie błędy, wypadki, zbiegi okoliczności, oszustwa, niesprawiedliwości, wojny i zbrodnie mają głębszy sens gdy spojrzymy na nie z tamtej perspektywy. Czyż to nie jest pociągające? Zrozumieć dokąd zmierza stara medycyna, gospodarka, religia czyli dokąd zmierza stary świat i poznać założenia nowego, w którym ponoć można uzdrowić się w ciągu kilku chwil. Wygląda to na szarlatanerię i być może tym jest ale chcę się przekonać i nie omieszkam o tym opowiedzieć, gdy wrócę tutaj późną jesienią z nowymi doświadczeniami. Wrócę albo i nie wrócę, któż to wie? Czy można pisać bloga jeśli nie odróżnia się dobra od zła?

Na szczęście wiem, że Wy to świetnie potraficie, a jeśli będziecie mieli jakiekolwiek wątpliwości zawsze możecie skonsultować je u mich ulubionych blogerów. Zostawiam was przecież w znakomitym towarzystwie. Blog Romskey’a na przykład, z którego poważnymi analizami nie udało mi się nie zgodzić ani razu, blog profesora Hartmana, naprawdę mądrego człowieka, a to rzadkość wśród profesorów. Nie zapominajcie o Pawle Krysińskim! Co prawda ostatnio zafiksował się na Kościele, ale ktoś musi, prawda? A jeśli chcecie wkurzyć się na maksa i zobaczyć świat w ostrym, może trochę przejaskrawionym świetle paradoksów czytajcie rewelacyjnego Revelsteina.  A przecież jest jeszcze znakomity Szymon Słowik, wściekła na PiS Eliza Dumoulin, refleksyjny Antek Kopff – po prawej stronie macie linki do nich wszystkich jak na dłoni.

Mam nadzieję, że znajdziemy się tu znów razem późną jesienią a jeśli nie… Świat jest tak mały, że i tak prędzej, czy później spotkamy się w miejscu gdzie nie ma różnicy pomiędzy dobrem i złem, właściwym i niewłaściwym postępowaniem, światłem i ciemnością.

Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 9 marca 2014

Dla zdrowotności

fragment mojego ogrodu na wsi
Z cyklu: Pogaduchy o zdrowiu

Tą notką żegnam się na dłużej z pogaduchami o zdrowiu. Przez całą zimę starałem się opowiedzieć o niekonwencjonalnym podejściu do własnego organizmu, o potrzebie wzięcia na siebie odpowiedzialności za własne zdrowie nie ufając lekarzom i farmakologii, o efektach oczyszczania ciała z toksyn i nieczystości, bo wszystko to praktykuję już trzeci rok z dobrym skutkiem. Najdziwniejsze jest, że z takim strachem odkrywałem swoją ścieżkę do zdrowia, nie wiedząc, że już dawno została odkryta.

Myślicie, że nie bałem się, kiedy świadomie rezygnowałem z leków, którymi faszerowano mnie przez piętnaście lat? Uważacie, że łatwo było mi podjąć decyzję o rezygnacji z operacji, chemioterapii, naświetleń i tym podobnych atrakcji gdy każdy specjalista doszukiwał się raka w różnych częściach mojego ciała? Ja będę swoim lekarzem – powiedziałem sobie i zanurzyłem się po uszy w przeróżne poradniki, książki i artykuły jakie znalazłem w Internecie. Ileż bzdur musiałem się naczytać, przez ile bredni przebrnąć żeby dojść do tego miejsca w którym jestem teraz, żywy i pomimo upływu lat, coraz zdrowszy.

A przecież tą samą drogą szło już wielu innych, których prace zaczęły do mnie docierać stopniowo, jakby podrzucane przez jakąś wyższą świadomość na potwierdzenie moich słusznych wyborów. W 1954 roku, na przykład, urodził się w Niemczech Andreas Moritz. Był niezwykle chorowity, lekarze stwierdzili u niego reumatoidalne zapalenie stawów i poważną arytmię serca dlatego nie dawali u szans na dłuższe życie. - W okresie dojrzewania umrze – oto prognoza tuzów konwencjonalnej medycyny. I co zrobił Andreas? To samo co ja. Zaczął szukać, czytać, uczyć się i w konsekwencji zrezygnował z osiągnięć współczesnej medycyny zwracając się w stronę natury przez zmianę odżywiania i trybu życia. Dzięki weganizmowi, jodze, medytacjom i tym podobnym praktykom przeżył prawie sześćdziesiąt lat w zdrowiu, co jest prawdziwym cudem dla wszystkich medycznych ekspertów. Pozostawił po sobie szereg książek - poradników które szczerze wszystkim polecam.

Zauważcie, że nie podaję tytułów ani miejsc gdzie je można kupić? Dlaczego? Bo jeśli chcesz wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie musisz do nich dotrzeć sam. Kiedy zacząłem dochodzić do zdrowia miałem ogromną potrzebę dzielenia się moimi odkryciami ze wszystkimi. A było z kim się dzielić, bo u moich leciwych znajomych i krewnych odkrywano raka nagminnie. Kupowałem im książki i zawoziłem im prosząc żeby przeczytali, zanim podejmą jakieś decyzje co do leczenia. Nie przeczytali. Nie mogłem tego zrozumieć, ale tak było w większości przypadków. Tracili włosy po chemioterapii, chudli, więdli i w końcu odchodzili bez przeczytania. Dlatego zmieniłem taktykę i przestałem wysyłać książki, co najwyżej podsyłałem linki do księgarń wysyłkowych, lub dobre artykuły, które wygrzebałem dla nich w Internecie. Większość z moich przyjaciół nie kupiła ani jednej polecanej książki. Dopiero wtedy zrozumiałem, że nikogo nie uleczy się na siłę. Moja empatia i chęć pomocy nie liczą się, jeśli nie ma pragnienia zmian u niezainteresowanego. Dlatego bez tak ogromnego żalu jak kiedyś kładę różę na ich grobie. Skoro nie chcieli uwierzyć, że „Rak nie jest chorobą” jak napisał w swojej cudownej książce Andreas Moritz…

Nie wiem czy będę żył długo, czy może umrę wkrótce. Nie interesuje mnie to zbytnio, bo już dawno pogodziłem się ze śmiercią. Zaakceptowałem ją bo ten kto jej nie zaakceptuje nigdy nie będzie żył naprawdę. Tu i teraz. Liczy się tylko tu i teraz. Dlatego gdyby mi nawet przyszło umrzeć jutro nie będę żałował moich decyzji, bo ostatnie trzy lata przeżyłem bez bólu, upokarzających kolejek na korytarzach służby zdrowia, bolesnych zabiegów i tej nieznośnej atmosfery chorobowego cherlactwa i zasuniętych szczelnie kotar w sypialni. Jestem szczęśliwy z powodu moich wyborów i życzę wam, żeby Wasze wybory były równie trafne. Nikt za Was tego nie zrobi a jeśli wybierzecie piguły i biały fartuch to też będę was wspierał. Ważne żebyście wierzyli, że to jedyny słuszny wybór! Biały fartuch może być również cudownie leczącym placebo. A ja aż do zimy będę patrzył prosto w słońce, podlewał kwiaty (żeby  wyrosły takie piękne lilie jak na mojej fotografii trzeba się trochę napracować), uprawiał jogę, medytował i pił znakomite nalewki z przyjaciółmi przy ognisku „dla zdrowotności”.

sobota, 8 marca 2014

Oczyszczanie wiosenne

ze strony modne-okna.net.pl - autor: brak
Z cyklu: Pogaduchy o zdrowiu

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z ilości produktów odpadowych jakie zalegają w naszych ciałach. A jest ich naprawdę dużo. Chociażby te 30 miliardy obumarłych komórek dziennie a do tego jeszcze mnóstwo produktów przemiany materii -  to wszystko musi usunąć krew i limfa. Gdzie? Do wątroby! Tam trafia rzeka toksyn napływająca z jelit. Flora żółciowa składająca się z pożytecznych bakterii zajmuje się nimi, ale gdy toksyn jest naprawdę dużo zaczynają się tworzyć wewnątrzwątrobowe kamienie żółciowe, które je wyłapują. Byłoby pięknie, gdyby kamienie nie utrudniały wydzielania kwasów żółciowych i nie tłumiły AGNI, naszego ognia trawiennego. Ale AGNI staje coraz słabszy i mniej skuteczny, więc szkodliwe substancje pozostają we krwi a potem gromadzą się w różnych narządach, w mózgu i układzie nerwowym także. Nic dziwnego, że organy wewnętrzne zaczynają chorować, przedwcześnie się starzeć albo, co nie jest rzadkością, obumierają.

Interwencja lekarska, która nie stosuje procedur oczyszczających, a z taką przecież mamy do czynienia w polskich przychodniach i szpitalach, nie współpracuje z organizmem, który robi co może żeby toksyny usunąć. Właśnie dlatego stłumienie lekami zwykłego kaszlu w niektórych wypadkach może okazać się śmiertelne. Zamiast odblokować drogi żółciowe w wątrobie lekarze zajmują się objawami, czy można więc dziwić się, że nie są w stanie poprawić zdrowia osób borykających się z chorobami przewlekłymi? Renomowane czasopismo medyczne New Scientist twierdzi, że 80 procent stosowanych procedur medycznych nigdy nie zostało sprawdzone co do ich skuteczności i tak naprawdę nikt nie wie, jakich następstw możemy spodziewać się po ich zastosowaniu. Profesor Bartoszewski, którego zapytano na czym polega tajemnica jego długowieczności i doskonałej kondycji nie tylko umysłowej, odpowiedział z rozbrajającą szczerością „na omijaniu szerokim łukiem wszystkich szpitali, aptek i lekarzy”.

Jeśli do wątpliwych procedur medycznych dodamy styl życia w naszym gigantycznym wyścigu szczurów większość z nas ma bardzo osłabiony układ odpornościowy na długo przed tym, zanim naprawdę zachoruje. Stres, napięcie, nadmierny wysiłek czy chęć osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę odciskają swoje paskudnie piętno na naszych komórkach i narządach aż tkanki zaczynają się dusić we własnych odpadach. Do tego dochodzi zanieczyszczona woda pitna i jeszcze gorsze powietrze którym oddychamy w miastach, martwy pokarm kupowany w supermarketach i wysiadywanie przed telewizorem – dlatego jesteśmy zbiornikiem pełnym toksyn, które powinniśmy usuwać. Rak nie jest chorobą, jak zresztą wiele innych poważnych schorzeń, to tylko efekt wieloletniego nadużywania możliwości ciała i umysłu oraz niepełnego wydalania odpadów.

Znam takich ludzi którzy twierdzą, że zadbali o siebie, bo już oczyścili swoją wątrobę i nerki a nawet mieli kiedyś kolonoskopię, która wykazała, że wszystko jest w porządku. Nie jest, bo wciąż pochłaniamy nowe toksyny, nawet tacy weganie jak ja muszą się oczyszczać systematycznie. Gdybyśmy  oddychali krystalicznym powietrzem, pili źródlaną wodę i jedli nieskazitelnie zdrowe warzywa i owoce moglibyśmy żyć naprawdę długo w zdrowiu i szczęściu. Ale egzystujemy w środowisku straszliwie zanieczyszczonym, żremy kwasotwórcze mięcho i dotruwamy się używkami więc o prawdziwej długowieczności nie mamy co marzyć. Co najwyżej jakieś głupie 100-120 lat pod warunkiem, że oczyszczać będziemy się regularnie, co najmniej dwa razy do roku podczas zmian pór roku - po lecie i po zimie.

W moich pogaduchach zaledwie powierzchownie omówiłem podstawowe i najważniejsze procesy oczyszczania wątroby, woreczka żółciowego, nerek i jelita grubego, ale Ajurweda daje nam sporo innych narzędzi które wspierają główne oczyszczania. Płukanie zębów oliwą, namaszczanie całego ciała, wpatrywanie się w słońce, jogiczne „powitanie słońca”, gotowanie posiłków według pięciu przemian, stosowanie odpowiednich ziół, do tego cała gama narzędzi związana z podświadomością – jest jeszcze o czym pisać i jak los pozwoli, a czytelnicy będą mieli ochotę o tym czytać, wrócę do moich pogaduch jesienią, gdy „puchowy śniegu tren” pokryje moje ogrody do których z nieukrywaną radością właśnie wracam.

piątek, 7 marca 2014

Wielkanocne przeprosiny

- To znowu ja! Tym razem chciałam… 
- Tym razem nie będę pani wysłuchiwał, pani Gieniu! Koniec. Są jakieś granice odporności.
- Ale nie ma granic prawdziwej miłości człowieka do człowieka. Proboszcz tak powiedział i nakazał wybaczanie i przeprosiny, nawet z moimi największymi wrogami.
- A więc jestem pani największym wrogiem?
- Najmniejszy pan nie jest, ale zostawmy to. Jestem nastawiona niezwykle pokojowo i nie chcę zepsuć tych ważnych przeprosin, bo z okazji Wielkanocy.
- Pani Gieniu! Do Wielkanocy jeszcze miesiąc!
- Tylko miesiąc. Nie wiem czy się wyrobię.
- Aż tylu ma pani wrogów?
- Czy to moja wina, że na naszą ulicę sprowadziło się tylu popaprańców? Kiedyś wszyscy  się tu znali i szanowali, jak w wielkiej polskiej rodzinie, a potem zaczęła się zjeżdżać hołota z kieleckiego albo białostockiego. Pamięta pan jak cudnie było kiedyś … Ach, przepraszam… Zapomniałam, że pan też napływowy.
- W dodatku z kieleckiego.
- Sam pan widzi! Chociaż to pryszcz w porównaniu z tymi dzisiejszymi z Wietnamu, Chin, Chorwacji czy Ukrainy.
- Dzięki za łaskawość.
- Proszę bardzo. Z nimi nawet nie można się pokłócić po ludzku a żeby to poszło do kościoła… Traktorem ich nie zaciągnie, tak samo jak pana.
- I co to będzie za Wielkanoc, pani Gieniu?
- Wielkanoc Wielkanocą, ale co to będzie z kanonizacją naszego świętego Jana Pawła! Mamy tyle pomysłów w radzie parafialnej, ale czy da się coś zrobić z tymi żółtkami?
- A zmusić ich jakimś gminnym zarządzeniem!
- Wyczuwam tę nieprzyjemną nutkę sarkazmu w pana głosie, ale nie będę psuła naszych przeprosin. Co to, to nie! Ale odpowiednia uchwała w gminie już się pisze.
- O czym?
- O udekorowaniu ulic. Oprócz portretu świętego w każdym oknie, co jest oczywiste, ustalono dla naszej ulicy kolor zloty i wszyscy muszą przystroić swoją posesję w tym kolorze, żeby 27 kwietnia wszystko było złote.
- Trawę też pomalujemy na złoto?
- Uchwała tego nie nakazuje ale i nie zakazuje. Jednak złoty trawnik będzie mile widziany i malując go zasłuży pan sobie.
-  Musiałbym oszaleć. Widzę już te obrzydliwe fruwające cynfoliowe ozdóbki na płotach i na samą myśl robi mi się niedobrze.
- Zrobi się panu jeszcze gorzej gdy zapłaci pan karę za to, że gmina udekoruje pańską posesję na pana koszt. Tak jest zapisane w uchwale.
- Wie pani gdzie ja mam taką uchwałę? W tym samym miejscu gdzie tę całą kanonizację.
- Aż mienie zatkało!!! I powiedziałbym co teraz o panu myślę gdyby... Alleluja, Alleluja… Powoli mi przechodzi… Bardzo powoli.
- Więc przejdźmy do tych przeprosin i miejmy to z głowy.
- No więc słucham.
- Słucham?! Co słucham?
- Tych przeprosin słucham. Proboszcz powiedział, że nawet najgorszemu zapyziałemu grzesznikowi powinno przejść przez usta słowo przepraszam z okazji Wielkiejnocy. A ja panu wybaczę.
- Ja mam panią przepraszać?
- A czy ja jestem zapyziałym grzesznikiem?
- Teraz mnie zatkało i coś mi się wydaje, że mi nie przejdzie.
- Wiedziałam, że nie przejdzie panu przepraszam przez te plugawe usta.
- Stop! Nie będę tego wysłuchiwał. I mam prośbę. Proszę wejść do swoich kontaktów, nacisnąć literkę P. i z okazji Wielkanocy skasować kontakt pod moim nazwiskiem.
- Nie uda się.
- Dlaczego?
- Bo pan jest w moich kontaktach pod literką Ha.
- I przez pani święte usta przechodzi słowo na Ha.?
- Bez problemu.
- A ja myślę, że za to słowo ksiądz nie da pani rozgrzeszenia.
- Za heretyka?
- Ach! Heretyka pani miała na myśli!
- Na myśli to ja miałam to co pan, a heretyka mam w kontaktach.  Ale skoro pan sobie życzy,  już kasuję.
- Alleluja! Alleluja! Alleluja! 

P.S. 
Jak widać, była to moja ostatnia rozmowa z panią Gienią, o czym z ogromną ulgą podaję wszem i wobec do wiadomości.