Żyj tak, aby bez wyższej konieczności nie robić krzywdy żadnemu człowiekowi, zwierzęciu, roślinie ani matce Ziemi.

S.A.P

piątek, 27 lutego 2015

Miłość i nienawiść

grafika ze strony: nowytomysl.pl
Z wczorajszych komentarzy dotyczących przemocy w związku wynika jasno, że problem nie jest jednoznaczny. Z doświadczeń Agaty widać jak na dłoni, że zwalczanie przemocy przemocą, walka, konflikt i zaciekłość niczego nie zmienią. Do tego zaś namawia upokarzane kobiety władza i organizacje feministyczne. Nie chciałbym, żeby to, co za chwilę napiszę, zabrzmiało jak głos jakiegoś zapyziałego proboszcza, ale zgodnie z zasadami mojego wymyślonego świata podszedłbym do tego problemu… z miłością. Żeby zrozumieć czyjeś działanie, w tym wypadku prześladowcy, trzeba spojrzeć na niego sercem a nie umysłem.

Patrząc sercem możemy dostrzec, że za jego agresją tkwi gdzieś uczucie miłości właśnie, ukryte w cieniu strachu i frustracji. Możemy je zobaczyć jedynie wtedy, gdy sami jesteśmy wypełnieni miłością a nie wściekłością. Wtedy już nie tak trudno zbudować most pomiędzy dwojgiem ludzi i nawet nie ma potrzeby mówienia o przebaczaniu. Bo czy trzeba wybaczać miłość, która doprowadza go do takiego stanu, że cię leje? Niesprawiedliwe traktowanie, chamstwo, czy krytyka skierowana przeciwko nas wyzwala przeciwdziałanie, to oczywiste. Jeśli jednak będziemy drążyć głębiej, dojdziemy do wniosku, że cała agresja jest odbiciem naszej niezdolności do kochania i bycia kochanym, co widać doskonale na przykładzie Agaty.

Nigdy jednak nie zobaczymy tego jasno chyba, że mamy już tej agresji po kokardki, czyli odrobiliśmy lekcję przemocy, wiemy co to znaczy obrażać i być obrażanym, działać i reagować, atakować i mścić się. Do tego momentu zawsze będziemy czuć natychmiastową potrzebę rewanżu gdy spotykamy się z agresją. Ani bicie ani bycie bitym nie sprawi dobrego samopoczucia, to oczywiste, bo odwołuje się do podobnych sytuacji, które już kiedyś przeżyliśmy, aby doświadczyć uczuć złości, zranienia i gwałtu. Bez względu na to, czy było to w obecnym wcieleniu czy w poprzednich, za każdym razem gdy powodujemy ból i cierpienie, powiększamy swoje poczucie winy, często nieświadomie, bo głośno twierdzimy, że do takiego czy innego postępowania byliśmy zmuszeni. Ileż to razy mówiłeś sobie „Wiem, że nie powinienem tego robić, ale to jest silniejsze ode mnie” albo „Co zrobię i tak na złe wyjdzie”?

Nawet gdy jesteśmy świadomi naszych błędów z przeszłości nieustannie wpadamy w pułapkę podobnych błędów. Dlaczego? Ponieważ nasze poczucie winy przyciąga do nas ludzi którzy „zasługują” na atak czy krytykę z naszej strony. Przez „słuszne”, według nas, zranienie ich nieświadomie próbujemy zranić siebie, żeby mieć jeszcze większe poczucie winy. To błędne koło w którym raz po raz odtwarzamy te same scenariusze dotąd aż kiedyś w końcu zrozumiemy jaki jest cel tej gry. To gra pod tytułem „poszukiwanie perły w gównie” o której już kiedyś pisałem. W każdym „gównie” w które wdepniemy znajduje się jakaś perełka i dotąd trzeba w nim grzebać, aż tę perełkę znajdziemy. Jeśli nie uda się jej znaleźć, będziemy wpadać w to samo gówno nieskończoną ilość razy, aż do skutku. Jeśli jednak zobaczymy coś więcej poza obelgą czy atakiem skierowanym w nas znajdziemy tam prawdziwa perłę miłości za każdym pozornie negatywnym działaniem. Lekcja została odrobiona.

Takie podejście musi dać satysfakcjonujący efekt, ale nie każdy ma chęć grzebać się w gównie. Dlatego albo walczymy, całkiem słusznie idąc na policję czy do sądu, albo odrzucamy jak bezużyteczne śmieci a czasem wypieramy ze świadomości pokornie znosząc przemoc. Strategia unikania, zatrzymywania i zmieniania rzeczywistości nieprzyjemnej dla nas (w kontrze do akceptacji i znalezienia perły, którą przynosi) nie leży w naszym najlepszym interesie i dlatego skazana jest na niepowodzenie. Aby wyrwać się z tej samodzielnie przygotowanej pułapki możemy pomóc sobie sami, tylko sami, nikt z nas tego lepiej nie zrobi, ani policja, ani sąd, ani zemsta. Chyba, że wciąż mało nam doświadczania agresji i będziemy dalej prowokować beznadziejne sytuacje w których taplamy się w gniewie, nienawiści i zawziętości, czego nie życzę żadnej z czytelniczek i żadnemu z czytelników tego bloga zostawiając Was z tą refleksją na cały weekend.

Do poniedziałku! 

czwartek, 26 lutego 2015

Rozwój osobisty

photo ze strony: camossecretshh.blogspot.com
Jeśli zaakceptujemy fakt, że nie urodziliśmy się „na bezdurno” ale powodem naszych urodzin jest rozwój osobisty, życie przestaje być aż tak upierdliwe. Potraktowanie wszystkich przeciwności życiowych jako okazji do nauki nie tylko daje poczucie ulgi ale sprawia, że te problemy ustępują. Co prawda pojawiają się nowe, ale na tym przecież polega nauka. Dobry nauczyciel, jakim jest nasza Nadświadomość, dostarcza nam coraz lepszych pomocy naukowych.

Niektóre z nich, najtrudniejsze według mnie, dotyczą stosunków międzyludzkich. Z kłopotami materialnymi zawsze jakoś sobie poradzimy ale z ludźmi już niekoniecznie. Dobrze więc uświadomić sobie, że dzięki naszym związkom możemy pływać w lazurze morza miłości ale równie szybko znaleźć się w czarnej dupie, jak mówią Francuzi, czyli wpaść w błoto walki i bólu. Niezwykle rzadko mówimy o związkach doskonałych, osobiście nie znam ani jednego związku idealnego chociaż kilka zbliża się do tego określenia. Większość związków to droga przez mękę ale z punktu widzenia naszego celu, czyli rozwoju i nauki, tak właśnie powinno być! Czegóż nauczylibyśmy się ze związku idealnego, cudownego i bezproblemowego? Czulibyśmy się w nim jak w niebie i nie ruszylibyśmy z naszym rozwojem osobistym ani o krok!

Tylko w związku żywym, kipiącym emocjami, możemy rozwijać się efektywnie, kiedy to wzajemnie pomagamy sobie rozwiązywać problemy w warstwie materialnej i emocjonalnej. Mnóstwo z nich tkwi na poziomie osobistym i często powodują nasze łzy, śmiech, zdenerwowanie, niepokój lub depresję. Cokolwiek to jest przenosi nas emocjonalnie, w taki czy inny sposób, coraz bliżej naszego celu jakim jest rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój.

Wszyscy jesteśmy związani kontraktem, swoistą umową miłości jaką zawarliśmy ze swoim, czy swoimi partnerami, wcale nie w kościele lub USC ale jeszcze przed urodzeniem. Określiliśmy wtedy jaką rolę zagramy w życiu partnera aby rozwinąć w nim to co najlepsze i ujawnić wszystkie ukryte emocje, z tą najgorszą włącznie, czyli poczuciem winy. W czasie całego życia staramy się jak możemy trzymać zawartego kontaktu, chociaż to ciężkie, tragiczne i bolesne. Ale może wyjaśnić dlaczego bita żona nie odchodzi od swojego męża prześladowcy, znosząc jego rękoczyny po wielokroć. Bite dziecko pamięta o swoim tragicznym dzieciństwie przez całe lata i często nie jest w stanie tego wybaczyć a mimo to znęca się później nad swoją żoną. Dlaczego? Bo ani bijący mąż, ani bita żona ani bite dziecko niczego nie odrobili lekcji pod nazwą rodzina dysfunkcyjna i wzorce negatywnego postępowania przenoszą na nowe związki. I tak z nimi będzie dotąd aż wyciągną prawidłowe wnioski ze swoich doświadczeń.

Tu wcale nie chodzi o potulną postawę związaną z nadstawianiem drugiego policzka. Bita żona nie robi tego również i broni się przed agresją jak może. Prawdę mówiąc, nie widziałem jeszcze ani jednego katolika, który nie odpowiedziałby na otrzymany policzek agresją, na jaką go tylko stać. Taka reakcja następuje spontanicznie i leży poza kontrolą własnego mózgu i intelektu, bez względu na to jak głęboko religijny jest bity. Na szczęście Polacy nie kierują się w realnym życiu nakazami zawartymi w Piśmie Świętym. To tylko wiedza zewnętrzna, którą wykorzystują tylko ci, którzy nie są w stanie wsłuchać się we własne wnętrze, a tylko tam tkwi rozwiązanie. Jeśli weźmiemy odpowiedzialność za nasze myśli i działania  nie pozwalając kościołowi, biblii czy księdzu kierować swoim życiem, nie będziemy mieli żadnych wątpliwości jak postąpić w każdej sprawie, bo wyraźnie usłyszymy wewnętrzny głos naszej Nadświadomości. Natomiast prawdy dostarczane z zewnątrz: z kościoła, z poradników, od nauczycieli duchowych  świadczą o braku zaufania do siebie i skutecznie stłumią twój wewnętrzny głos, aż zamilknie na dobre.

Dlatego cieszą mnie, a nie smucą, deklaracje niektórych komentatorów o tym, że odchodzą z tego bloga. Dobrze robią, bo słuchają swego wewnętrznego głosu, który mówi, że to co tu znajdą jest dla nich nieodpowiednie, bo są na innym etapie rozwoju, wyższym lub niższym! Wszystko ma swój odpowiedni czas i miejsce. Warto o tym pamiętać mając na względzie rozwój osobisty.

środa, 25 lutego 2015

Główny plan

grafika ze strony: projekty2.4inno.pl
Każdy z nas rodzi się z jakimś celem i aby go osiągnąć wyposażony jest w swój główny plan. Każdy, ateista czy ortodoksyjny wyznawca jakiejś wiary ma swój osobisty program na życie.  To nie jest plan, który powie jak zamieszkać w Los Angeles i zostać gwiazdą filmu, ten plan nie określi nawet w jaki sposób być lepszym człowiekiem. Co najwyżej dowiesz się z niego, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i nie ma tego dobrego, żeby nie skończyło się zgryzotą. Plan prowadzi nas przez pozornie zawiłe i skomplikowane doświadczenia, które dominują na naszej planecie przeciwieństw, aż dojdziemy do punktu w którym wreszcie zrozumiemy, że to my jesteśmy twórcą własnego życia! My, nikt inny!

Życie i śmierć, radość i smutek, dobro i zło, światło i ciemność, wszystkie te przeciwności niosą nam okazję do rozwoju i nauki, ale traktujemy je w ten sposób tylko wtedy, gdy jesteśmy w ciszy, która pozwala nam wejść wgłąb samego siebie i rozpoznać płynące stamtąd sygnały. Gdy jednak zaczynamy główkować i kombinować, zaraz pojawiają się emocje i przyczepiamy do wszystkiego swoje oceny. I akceptujemy jeśli odczuwamy coś jako „dobre” ale jeśli odczuwamy jako „złe” stajemy na arenie walki w bitwie na oceny.

Z opisów historycznych, niekoniecznie tych archaicznych ale również dotyczących II Wojny Światowej, możemy dowiedzieć się, że święci, skazani na śmierć, najczęściej umierali z błogim uśmiechem na ustach. Oprawcy dostawali szału widząc uśmiech na ustach ofiary nie rozumiejąc, że ona nie doświadczała żadnego wewnętrznego konfliktu, gdy przekraczała granicę życia i śmierci. Fizyczna śmierć miała niewielkie znaczenie ponieważ identyfikowali się ze swoją Nadświadomością, jedną i jedyną prawdziwą formą istnienia. Życie na poziomie fizycznym miało dla nich wartość dopóki nie wznieśli się o jeden poziom wyżej, do wymiaru 4D. Każdy z nas pójdzie tą samą ścieżką, tyle że dla jednych będzie to długa, wygodna aleja obsadzona kwiatami a innych kręta, wyboista ścieżyna najeżona ostrymi kamieniami. Nie wszyscy wiedzą, że to każdy z nas wybiera jedną z tych dróg.

Codziennie pod wpływem emocji dokonujemy jakichś wyborów, a każdy wybór stwarza nowe możliwości, które nigdy nie zaistniałyby gdybyśmy wcześniej nie dokonali takiego a nie innego wyboru. A przecież bez problemu możemy zmieniać swoje przeznaczenie jeśli tylko nie kłóci się z naszym życiowym celem. Z każdą myślą i uczuciem decydujemy o tym jak wygląda nasza droga do celu i nie ma po co wściekać się, gdy na tej drodze pojawi się przeszkoda. Powinniśmy się raczej zastanowić po co się pojawiła a nawet być wdzięcznym za to, że się pojawiła, bo nie znalazła się tam bez sensu. Święci wiedzieli o tym i nie odczuwali żadnych zdarzeń jako złe lub dobre, bo byli wolni od wydawania ocen.  

Dlatego takie emocje jak: smutek, złość, żal, lęk, powinniśmy również zaakceptować. Nie wszyscy mają świadomość, że kiedy blokujemy odczuwanie jakiejś jednej emocji, to stopniowo zamykamy się na odczuwanie w ogóle i przestajemy wierzyć sobie. I już nie odbieramy sygnałów z własnego wnętrza. Oddajemy swoje życie w ręce mediów, księży, doradców życiowych, czyli wiedzy zewnętrznej a po pewnym czasie czujemy się zagubieni. Bo to to właśnie uczucia podpowiadają nam, która ścieżka jest dla nas właściwa. Ludzie, którzy zamknęli się na emocje, nie mają dostępu do swojej wewnętrznej wiedzy.

Z emocjami można pracować i wtedy zamiast nas niszczyć i osłabiać, zaczynają nam służyć. Złość może zmienić się w energię seksualną, agresja w wewnętrzną moc, lęk w radość itd. To nie emocje są złe, to nasza ocena sprawia, że nie współpracują z nami. Możemy to odczuwać również jako dolegliwości. Smutek może wywołać napięcie w klatce piersiowej lub w ramionach, złość to skurcze w brzuchu, rękach lub w szczęce – u każdego z nas emocje mogą być zapisane w innym miejscu w ciele. A te, z którymi nie poradziliśmy sobie w dzieciństwie, czekają na moment, kiedy wreszcie rozprawimy się z nimi. Zanim nie wywołają raka, na przykład, żebyśmy wreszcie je odkryli.